6 października 2012

Zawłaszczywszy


Cześć, to ja - Pandzia i moja nowa ukochana zabaweczka: kłębek z pończoch.
Po tym, jak go rano ukradłam i uciekłam z nim pod łóżko, gdzie go zamordowałam, mamusia już go nie chciała (dziwne, nie rozumiem czemu) i dała mi go na zawsze. Teraz ganiam z nim po całym domu, podrzucam i torturuję na pińcet wymyślnych sposobów. Fajnie się przyczepia do pazurków, polecam wam!

27 września 2012

Pierwsze Prawo Pandy (PPP)

Przemożna kocia potrzeba usadowienia się na człowieku połączona z hałaśliwym manifestowaniem monstrualnych niedoborów w głaskach, mizianiach i tarmoszeniu jest wprost proporcjonalna do świeżości i mokrości lakieru ledwo co zaaplikowanego na paznokciach człowieka. 

Kompromis pomiędzy Ałaaa, kochaj mnie i przytulaj TERAZ a mą wybitną nie(z)ręcznością i palczastą niedyspozycją polega na miętoleniu kota... nadgarstkami.

Kot albo akceptuje taki układ (na chwilę), albo obrażony opuszcza stanowisko i oddala się majestatycznym, zafoszonym krokiem zanurzając po drodze łapkę w resztce kawy, by następnie rozpryskać ciemne kropki po monitorze. 
Kara.

20 lipca 2012

Paździerz

Po jednej z wizyt na ojcowiźnie przywożę znalezionego i odkopanego z zamierzchłości pieska-poduszkę. Kładę między nasze dwie poduchy do spania.
M wącha go i orzeka: 
- Kojarzy mi się z wsią.
- Spadaj!
- No co?! Przecież to nic negatywnego. Zwykła jednostka administracyjna.
- Trzeba go jakoś nazwać.
- Będzie miał na imię... Paździerz.

Paździerz jest wyposażony w dwa sznurki, którymi można go związać tworząc kształt pieska. Po pierwszej nocy budzi się bez sznurków, zostają odgryzione brutalnie i po kryjomu. Wymemłane sterczące kikuty nie nadają się do zrobienia pieska, funkcjonuje więc wyłącznie w wersji rozpłaszczonej, jak latająca wiewiórka. Ponieważ jest miękki - czasem łapki oprawców w ramach zadośćuczynienia robią mu masaż.

18 lipca 2012

Gąbczaste tęsknoty

Gąbka do zmywania bardzo za mną tęskni, kiedy śpię. Pod osłoną nocy skokiem leminga rzuca się ze zlewu na podłogę, przeczołguje się przez całą kuchnię, salon i korytarz, aż dociera resztkami sił do sypialni, by spocząć pod łóżkiem na wysokości mojej głowy i przywitać mnie rano swym miękkim, acz nadszarpniętym istnieniem.

7 lipca 2012

Co ja nie paczę

Środek słonecznego dnia, Fila śpi zakłębuszkowana na fotelu i skrzyżowanymi łapkami zasłania sobie oczy.
M: Zobacz, robi sobie noc.

6 lipca 2012

Hurtem


A potem była jesień i wybraliśmy nowy widok z okna.

A potem była zima i trzeba się było chować pod kocyk.

A potem była wiosna, całkiem smakowita.
I pierwsze święta spędzone poza domem. Dom za to przyjechał do mnie i byliśmy chyba jedynymi trzymaczami koszyka, który zawierał barana Z MASŁA. Prawdziwy, rzeźbiony wielkopolski baran na wycieczce w małopolskiej zagrodzie wśród mutantów z cukru i ciasta.



A potem spadł śnieg! Bardziej wyglądał jak łupież, no ale jednak - śnieg w kwietniu. Globalne oziębienie.

A potem znowu postawiliśmy na widoki i majówkę spędziliśmy wśród górskich farm w Lazio. Z hamakami, wodospadami i źrebakami.


A potem było dalej.


5 lipca 2012

odcinek 4/4 - Brln

A na deser stara dobra niemiecka stolica. W Berlinie najbardziej lubię... jeździć rowerem. Mogłabym nic innego w tym mieście nie robić. 


Pozwoliłam się sobie zgubić sto razy i odnaleźć, przy okazji odkrywając zakamarki, do których nie trafiłabym z mapą. Berlin, du bist so wunderbar!

4 lipca 2012

odcinek 3/4 - Oz

Zagubionych podróży ciąg dalszy. Zanim się rozpędzę i dogonię teraźniejszość...

Rodzinne Oz, swojskie i płaskie jak naleśnik.
Hasanie w okolicznościach przyrody, sprawdzanie, kto ma łaskotki, uprawianie huśtawkizmu...


20 stycznia 2012

odcinek 2/4 - Biesy


Zanim się człowiek wybyczył w ciepłych krajach wypadało po raz nie wiadomo już który odwiedzić ukochaną bieszczadzką głuszę.

Tym razem miało być nieco bardziej lajtowo niż ostatnio, kiedy to jak ślimaki nieśliśmy swój domek na plecach codziennie pod górę, aby go co wieczór rozbijać w innym miejscu. Co prawda fajnie napotykać w oczach Tych Którzy Schodzą szacun połączony z przerażeniem, ale umówmy się - z racji przytłoczenia bagażem fakturę ścieżek znam już na pamięć, teraz wolałam się wyprostować i pooglądać horyzont.

Najpierw jednak należało dotrzeć do bazy wypadowej, czyli stodoły z sianem. 
Dotarcie zajęło jakieś trzy dni. 
Pierwszy spędziliśmy głównie w zastępczej komunikacji autobusowej, która okazała się totalnym kuriozum - podróż trwała trzy razy dłużej, bo przedpotopowy ikarus musiał co wioska zbaczać z trasy, żeby zameldować się na każdej jednej pipidówianej stacji kolejowej. Konduktor wyskakiwał z autobusu, biegł podpisać papiery i tak nam zeszło, u celu pojawiliśmy się późnym wieczorem, w związku z czym na szlak wyruszyliśmy o 21:00. Zaprawdę powiadam wam - NIGDY TEGO NIE RÓBCIE. Choćbym miała żebrać o nocleg u wieśniaka, choćbym miała rozbić namiot w rowie - nigdy więcej chodzenia po górach po ciemku.

Ciemność to jest pojęcie względne. Noc w mieście to nie jest ciemność. Noc we wsi to też nie jest ciemność. Dopóki świeci choćby jedna latarnia, dopóki pełnia oślepia nocne zwierzątka, dopóki działa ci latarka, to nie jest żadna, kurwa, ciemność!
Ciemność zaczyna się wtedy, gdy za plecami ginie ci światełko emitowane przez ostatnie gospodarstwo i z oświetlonego księżycem pola, nad którym beztrosko i bezszelestnie kołują sówki wchodzisz W LAS.
Najpierw idziesz w miarę płasko, księżyc jeszcze trochę prześwieca przez drzewa, ale potem zaczyna się Blair Witch Project i smarki z nosa. Chmura wyłącza księżyc, ścieżka (ŚCIEŻKA?!) pnie się pod kątem 45 stopni, latarka nawala i co dziesięć sekund histerycznie w nią uderzasz, żeby zaskoczyła, a ponieważ to czołówka, to za chwilę zaczyna cię boleć głowa. Skoro padało non stop przez cały poprzedni tydzień, szlak przypomina bagno, a żeby nie było tak potwornie nudno, to za dnia trwa zrywka, więc cała trasa jest przeorana przez ciężki sprzęt, w związku z czym po dwóch minutach jesteśmy upaprani błotem po kolana.

I ta CIEMNOŚĆ. Gęsta, czarna, połykająca nędzną smużkę z latarki po paru metrach. Nie widzisz NIC, nie widzisz własnej ręki przed nosem, brniesz w glinie na czworakach, myślisz tylko o niedźwiedziach i o tym, czy wciąż trzymasz się szlaku.
W dodatku DŹWIĘKI. Odgłosy pożerania, trzask łamanych gałęzi, mlaskanie, warczenie. Niemożliwe, żeby wyobraźnia była w stanie wyprodukować aż taki hałas. 
Włącza ci się opcja Bardzo Pierwotne Lęki. Nie boisz się, że nie starczy na czynsz, że cię kanar złapie bez biletu, że zgubisz klucze, że ktoś ci przetnie zapinanko w rowerze. Boisz się, do cholery, że cię coś zaraz ZJE!
Żeby nie słyszeć ODGŁOSÓW, robimy własny celowy hałas i nie przystajemy ani na chwilę. Zatrzymaj się na moment i postój bez ruchu - ześwirujesz od tych potwornych dźwięków.
Wyjątek stanowi jeden histeryczny przystanek - kiedy noga do połowy łydki grzęźnie mi w tej cholernej bagnistej glinie i nie mogę jej wyciągnąć. Gdybym nie miała mocno zasznurowanego buta, to by tam został, przysięgam, poszłabym dalej boso.
Więc hałasujemy - przede wszystkim dyszymy ze zmęczenia i strachu, serca tak nam napieprzają, że słyszę ich echo, do tego klaszczemy od czasu do czasu, żeby potencjalnemu misiu dać znać, że hej, to my, maleńkie ludziki, jesteśmy chudzi i żylaści i aktualnie spoceni, nie najesz się i smakować też ci nie będziemy.

Chodzenie z mapą po górach przetestowaliśmy wielokrotnie. Z plecakiem i bez. Statystyki naszej prędkości na szlaku były jednoznaczne - bez obciążenia idziemy w takim czasie, jak zaznaczony na mapie. Z plecakami zdecydowanie dłużej. Tym razem mimo bagażu na plecach zaszliśmy o połowę szybciej. Chęć przetrwania daje turbodoładowanie.

Pierwsze pytanie, z jakim spotkaliśmy się w chacie brzmiało: Od której strony przyszliście? (spojrzenie dodawało: drodzy samobójcy)
Chwilę potem dowiedzieliśmy się, że w dniu, który właśnie się kończył robili na tym szlaku zdjęcia łapie odciśniętej w błocie...
Zajebiście, miś przestał być potencjalny. Mamo, chcę zjeść moją chińską zupkę, zapiąć się w śpiworze i tam sobie zostać, zostać, zostać.

Reszta bieszczadzkich przygód nie mroziła krwi w żyłach, następny dzień spędziliśmy na sielankowych wędrówkach przez łączki pełne motylków i pszczółek.
W każdej bacówce spotykaliśmy wilczura rezydenta, każdy był upośledzony w kwestii aportowania.


Doświadczyliśmy też samobójstwa znaku drogowego:


Aż wreszcie dotarliśmy na siano, gdzie wodę na herbatę grzaliśmy na grillu, a myliśmy się u księdza. Stamtąd już bez balastu wyruszaliśmy w najwyższe, ulubione partie.

 
Na koniec odwiedziliśmy jeszcze dwie chaty łapiąc na stopa a to leśniczego, a to dwa razy tę samą parę sprężynkowłosych warszawiaków podróżujących w szalonym tempie zdezelowanym jeepem z małym Ignasiem (z wyglądu cherubinek, z usposobienia dzika bestia rozszarpująca chusteczki na strzępy i oblewająca otoczenie sokiem).

A na Końcu Świata nie odklejaliśmy się od hamaka...


17 stycznia 2012

odcinek 1/4 - Macedonia


Najpierw na swoje usprawiedliwienie miałam lato w wakacyjnych rozjazdach. Potem jesienną przeprowadzkę. Teraz spadł śnieg, więc aura w sam raz do nadrabiania słonecznych zaległości.
Tyle tytułem wstępu.
Tytułem streszczenia natomiast, w kolejności całkowicie achronologicznej:

Macedonia jest fajną krainą, w której kiwi rośnie ludziom przed domem ot tak, jak jarzębina. I figi rosną, też ot tak. Arbuzy i melony na targu cenę mają odwrotnie proporcjonalną do swej przefantastyczności objawiającej się smakiem, zapachem, gabarytami i prawdziwością. 
Górskie serpentyny otoczone przepaściami potwierdzają definitywnie skuteczność pępkowego plasterka i kończą dociekania w temacie jak to, do cholery, działa?! bo ileż można się nad tym zastanawiać, skoro po prostu działa i już.
Macedońscy złodzieje przepraszają po niemiecku, kiedy zauważysz ich o świcie w nogach swojego łóżka, a macedońska policja ma taką manianę, że zapomnij panie kierowco o swoich służbowych dukatach skradzionych, bez nerw, poza tym jest gorąco, nie? Czemu nie pójdziecie popływać?
A jezioro czyste, przejrzyste, ciepłe, molo całe nasze, na horyzoncie góry Albanii, kto by narzekał...
Tambylcze koty wygrzewają się na kamiennych mikrouliczkach, pozują do zdjęć i sprawiają podobne wrażenie, co macedońscy policjanci - przyjdź jutro, teraz jestem zajęty. Celebrowaniem przerwy.




Z Macedonii wraca się po pierwsze długo, po drugie niechętnie. Mimo zdobytego wyśpiewanego srebra. Pół plecaka zajmują melony, drugie pół przyprawy i bakalie. I rachatłukum, które do dziś leży w lodówce, bo coś słabo mu idzie zakładanie fanklubu.

---

W drodze do i z Macedonii - tranzytowo Budapeszt. Powtórka z zeszłorocznej rozrywki, dzięki której chcąc nie chcąc robiłam za kompas, z igłą ustawioną na wieczorne radayowe zagłębie knajpiane. 
Temperaturowy rekord stulecia przeczekany w fontannie, zapas paprykowych past nabyty. Za walutę, od przeliczania której robią się zmarszczki na mózgu.

28 października 2011

Taki los - krzywy nos


Usprawiedliwienia i streszczenia będą w następnym odcinku.

Tymczasem na OIOMie:
Półdupkiem przycupnięta na skraju łóżka przebywam, trzymam za uwenflonowaną łapkę i patrzę z kluchą w gardle na tę jesień średniowiecza, którą mu zrobili z oblicza. Randka z anestezjologiem się udała, kamień z serca walnął o wyszorowaną posadzkę, bo już dostawałam schizy czytając w internecie o delikwentach, którzy się obudzili w trakcie.
Sanitariuszka morowa panna zdejmuje kroplówkę i orzeka:
- Dobra, zabieramy pana na oddział, tam się będziecie dalej przytulać.
Sanitariuszka nr 2:
- No ale ja nie wiem, czy to tak można...
M (z odmętów resztek narkozy się wyłaniający): Zależy, który mięsień mam sprawny.

To i tak lepiej niż onegdaj Pluszers, który przy wybudzaniu próbował wszystkim wcisnąć kit, że jest tygrysem...

Maniak krzyżówek, z którym M dzieli pokój nie wrócił na noc. Do towarzystwa zostaje więc tylko zakorkowany nad łóżkiem tlen i beztlen, w zależności od preferencji. Pycha.

 
Po korytarzu, szurając kapciami* snuje się Pan Słonik - dziadek z przyczepioną do nosa trąbką, a na tablicy ogłoszeń wisi informacja o zebraniu Stowarzyszenia Osób Bez Krtani. Kosmos. Nie przestają mnie też fascynować drzwi z napisem BRUDOWNIK.

* To jest jakiś szpitalny fenomen. Dlaczego pacjenci się tak snują po tych korytarzach i zawsze, ale to zawsze szurają kapciami! Nie chodzą, nie spacerują, tylko się SNUJĄ. Z nieodłącznym kapciowym poszurem.

8 czerwca 2011

W oczekiwaniu na wroga

Temperatura w pokoju przekracza 28 stopni.
Paprochy leżą na pleckach i wietrzą podwozia.

Lody popełniłam
i udaję, że jestem na wakacjach
Gmail podpowiada mi z boku: "leć do PARYŻ za 32 zł" oraz "marynarze - portal pracy", a także "piękna mama" i "energia słoneczna". Hm.

Spotkałam na chodniku kartę do gry leżącą na brzuchu, odwróciłam czubkiem ciżemki i spojrzał na mnie król pik. M sprawdził, co znaczy król pik: że albo dobra rada, albo urząd skarbowy, albo wyjedź na parę dni i się zrelaksuj. A w ostatniej linijce stało "odwrócona: wróg". Wrogu, wyłaź, jestem gotowa, król pik mnie ostrzegł.

Z Ukrainy przywiozłam chałwę, wódkę oraz wódkę, piwo, piwo i piwo. I ikonkę z Angelem Chranicielem.

Na balkonie zasadziłam mikroświerczka o imieniu Kaktus.

Muszę coś zmienić. Chyba zmienię mieszkanie.

26 marca 2011

Różnica konieczności

Poobiednia sjesta.
Leżymy i trawimy w ciszy.
Przerywam proces:
- (bez entuzjazmu) Muszę pomalować paznokcie...
- A ja napisać doktorat!

27 lutego 2011

Wypełniacze



















Nie wiem tak do końca, o co im chodzi z tymi workami. Że szeleszczą? Że są bezbronne? Najprawdopodobniej jedyna odpowiedź na pytanie Dlaczego koty mają takiego fioła na punkcie worków brzmi "BO TAK!", jak to zwykle bywa z próbami pojęcia kociej argumentacji (a raczej dopasowania do nich ludzkiej).
Właściwie worki stanowią jedynie podzbiór, zbiorem właściwym są rzeczy zaklasyfikowane jako wszystko, do czego można wejść. Można nie znaczy, że należy, można w tym wypadku znaczy: jest fizycznie możliwe.
Chyba się już przyzwyczaiłam, że nie ma szans, żeby się spakować nie wyciągając kota z plecaka jakieś dwadzieścia razy w trakcie. Że przychodząc z zakupami do domu trzeba się liczyć z nadzorem celników, którzy bardzo skrupulatnie muszą sprawdzić, co jest w siatce. Że dostając paczkę trzeba się pospieszyć z wyjmowaniem prezentu z kartonu, bo karton rzecz święta i musi zostać należycie powitany, odśrodkowo oczywiście.

Podejrzewam, że wychodzą z założenia, że każdy przedmiot nadaje się do wypełnienia go swoim puchatym istnieniem.























Mój ubiegły pyszczek podlegał tym samym niepojętym prawom...


















































Małe maniakalne wypełniacze...

15 lutego 2011

Leon i Marceli

Dziadkowie moi jeden wspólny mieli mianownik - kapitalne imiona.

Leon przede wszystkim był ogrodnikiem. Trochę listonoszem. Trochę hodowcą lisów. Trochę palaczem w szkolnej kotłowni.
Odziedziczyłam po nim paletę i kilka farb, które mu się ostały po namalowaniu fury obrazów.
Wspomnienia są mgliste, bo byłam na etapie tworzenia wyrafinowanych szlaczków w zerówce, kiedy Leona zabrakło. Pamiętam, jak malował w kuchni. Pamiętam, jak nauczył mnie paru szachowych ruchów i potem dawał się ogrywać. Pamiętam, że miał zupełnie białe włosy, wcale nie siwe. Z tym wiąże się zresztą rodzinna opowiastka, jak to Leon uciekał od Rusków na pieszo do ojczyzny - wtedy to, młodzieńcem będąc, stracił kolor w ciągu jednej nocy.
Ale przede wszystkim pamiętam leonowe obrazy. Snopki siana. Sannę. Murzyńską wioskę. Niezliczone portrety dziewczynek. No i bukiet gladioli - misterny obraz, który namalował w kilku egzemplarzach i rozdał swoim dorosłym dzieciom do ich własnych domów. znałam wszystkie płatki i łodyżki na pamięć...
Leon wyposażył świat w dziewięcioro potomków, z czego Adziu był przedostatnim, w związku z czym kiedy większość mojego licznego kuzynostwa dokonywała ożenku ja sięgałam im dopiero do pasa i tańczyłam bez krępacji na ich weseliskach do przebojów typu Fiesta Amerikana.
W wieku poprodukcyjnym będąc, Leon potrafił chodzić na rękach. Pomagał Adziowi przy budowaniu domu, wiem nawet, którą ścianę postawił, chociaż byłam wtedy zajęta upychaniem pięciu szczeniaczków w drewnianym wózku i zmuszaniem ich do przejażdżki...

Po Marcelim została mi książka o Janosiku i imię dla potencjalnego syna.
Z racji, że jego ojciec był piekarzem - jako jedyne dziecko z całej ulicy posiadał buty. (Dygresja: zawsze mnie zastanawiała ta prawidłowość. Czy to znaczy, że syn szewca jako jedyny chodził najedzony? I tu na scenę wtacza się wierszyk Tuwima, w którym to piekarz musi mieć buty, więc do szewca iść trzeba. No a gdyby nie piekarz, to by szewc nie miał chleba. Kasetę miałam z wierszami Tuwima, na pamięć ją znałam - łącznie z każdym niuansem intonacyjnym aktorów czytających oraz z muzyczką pomiędzy kolejnymi wierszami. Koniec dygresji.)
Podobno Marceli miał niegdyś kota, który na powitanie skakał mu na szyję i obiegał kilkakrotnie tworząc złudzenie optyczne w postaci szalika. Oprócz kota miał też piękny charakter pisma, kaligraficzny.
Z Marcelim wiąże się moje pierwsze życiowe wspomnienie. Trzyma mnie za rękę, wysoki, po mojej prawej stronie, wieczór, wychodzimy przed blok, stajemy przodem do ulicy, tyłem do krzaków (które do dziś tam rosną, bazę w nich miałam z chłopakami z klatki), patrzymy w lewo, czy już nadjeżdża. Autokar z babcią, prosto z NRD.
Potem już kolejne babci powroty, mnóstwo pakunków, salami duże jak ja - zanosiłam do kuchni i wieszałam pod stołem bez schylania, miś z puchatym nosem, zabawkowe pomarańczowe telefony...
Ale to wyjście przed blok z dziadkiem, te wszystkie kinestetyczne szczegóły - co z lewej, co z prawej, krzaki za nami, ulica przed nami - to pierwsze, co w ogóle w życiu pamiętam.
Wspomnień jest dużo więcej, bo i pożył za mojej kadencji dłużej niż Leon, poza tym mieszkałam z nim przez lata szczenięce.
Więc działka. Wyprawy na działkę żółtopomarańczowym Simsonem. Dziadek z przodu, babcia z tyłu, a między nimi ja wciśnięta jak kawałek szczypiorku, do którego wtedy zresztą byłam podobna z postury (a raczej jej braku). Sto tysięcy miliardów ciekawych rzeczy do robienia na działce. I znowu kinestetyczne wspomnienia - ziemia na ścieżce tak pulchna, że ugina się pod nogami w plastikach, plastiki drapią skórę na bosych stopach. Zielona blaszana beczka z wodą, w której zanurzam palec i maluję na beczce ptaki, blacha jest nagrzana od słońca, ptaki momentalnie wysychają, szybko maluję jak najwięcej się uda, zanim znikną. Włażenie na drzewo, moje najmojsze rozgałęzione drzewko działkowe. Gladiole, bratki, goździki, lwie paszcze, łubin. Czerwony agrest, porzeczki czarne, czerwone i białe. Dziadek cały czas w tle, dba o tę działkę w prażącym słońcu albo wyleguje się na leżaku.
(Moja działkowa sielanka skończyła się wraz z narodzinami Pluszersa, którego od tej pory musiałam wozić w wózku po koleinach międzydziałkowych miękkich ścieżek. Bo rodzina pieli, grabi, podlewa i co tam jeszcze, a ja mam się zajmować małym zasmarkanym bobasem. Tortury kilkulatki marzącej o powrocie między ulubione gałęzie były przerywane błogimi chwilami, kiedy to Pluszers komunikował donośnym wrzaskiem, że pielucha jest pokalana albo że pożąda mamertowego mleka RAJTNAŁ!)

A potem Marceli nie mógł już jeździć na Simsonie ani pięknie pisać, bo dziwna przygoda z żyłką w lewej półkuli odebrała mu władzę nad prawą kaligrafującą ręką, prawą nogą zmieniającą biegi i nad mową, pozostawiając pełnię władz umysłowych. W związku z czym wytworzyliśmy sobie nowe rozrywki - siadałam ze słownikiem ortograficznym, znajdowałam w nim najtrudniejsze wyrazy i kazałam Marcelemu powtarzać. Uczyłam go gżegżółkować, a on dawał mi się męczyć (a i tak zawsze najlepiej wychodziła mu CHOLERRRA! jak się zdenerwował). W każdy czwartkowy wieczór mieliśmy natomiast inny rytuał - wspólne oglądanie Misia Uszatka. Niezmiennie w takiej samej tapczanowej pozycji i niezmiennie z takim samym finałem - moim rozpaczliwym szlochem, kiedy następowała przesmutna pora na dobranoc, bo już księżyc świeci...
Potem ja urosłam, a Marceli leżąc sobie w takiej samej tapczanowej pozycji łapał Pluszersa, który właśnie nauczył się przemieszczać odnóżami i przebiegał tryliard razy dziennie obok tapczanu. Jak Pluszers wracał z dziadkowego przechowania do domu, to Marceli wkładał sobie jej paputek do kieszuli* na piersi i tak z nim chodził, aż Pluszers wracał następnego dnia, żeby dalej doskonalić się w biegach przełajowych.
Działkę sprzedano, za zdobyte tą drogą fundusze nabyto dla mnie pianino, co było efektem jednego jedynego razu, kiedy to Adziu poszedł na wywiadówkę zamiast Mamerta - wychowawczyni udało się go przekonać, że koniecznie trzeba mnie wysłać do szkoły muzycznej. Ale to już nie bajka o dziadkach...

*Kieszula jest przypadkowym wynalazkiem mojego przyszłego szwagra, który zaplątał się był pewnego razu we własne zwoje mózgowe usiłujące przetworzyć naraz kieszonkę w koszuli. Podoba mi się tak samo bardzo jak śmiertelny przeciętnik autorstwa M.